Zawsze podziwiałam osoby, które potrafią podróżować z małym bagażem.
Ja zawsze - nawet wyjeżdżając na kilka dni - zabierałam ze sobą jedną dużą torbę (lub walizkę) oraz mniejszą torbę, taką z którą zawsze chodzę na basen czy do fitness klubu. Upychałam w nich pełno gratów, które zajmowały dużo miejsca, a jak przyszło co do czego, to na miejscu odkrywałam, że nie mam pojęcia w co by się tu ubrać, część rzeczy jest niepotrzebna, a tego co najważniejsze to nawet nie zabrałam.
I tak oto na podstawie własnych obserwacji oraz tego, czego naczytałam się na innych blogach, stworzyłam przepis na prawie perfekcyjne pakowanie się. Prawie, bo wierzę, że jeszcze w przyszłości uda mi się poprawić taktykę.
Pakując się na wyjazd:
1. Bierz jak najmniej ciuchów! Nie oszukujmy się - przed każdym wyjazdem (nieważne, czy to weekend, czy dłuższy urlop) mamy w głowie milion pomysłów na wakacyjne stylizacje. Czasem z ciuchów które już mamy, a czasem musimy coś dokupić. Czasem specjalnie przed wyjazdem udajemy się specjalnie na zakupy. Pytanie brzmi: Po co? Przecież w szafie mamy ubrania które możemy wykorzystać podczas wyjazdu, zresztą jedziemy wypocząć a nie na sesje zdjęciową do magazynu modowego. Poza tym nie ma sensu zabierać tylu stylizacji, ile dni spędzimy na miejscu. Podczas weekendowego wyjazdu w góry spokojnie można spędzić te dwa dni mając ze sobą tylko jedną parę spodni/ spodenek i dwie koszulki (ewentualnie trzy, z tym, że trzecią na sobie) oraz jakieś cieplejsze (jedno!) odzienie na wieczór. No i na upartego już można zabrać kilka dodatków, żeby jakoś urozmaicić wizerunek podczas wyjścia. Jedna para butów też w zupełności wystarczy. Jadąc gdzieś na dwa tygodnie nie trzeba pakować 14 zestawów. Można zabrać mniej rzeczy i łączyć, na miejscu też da się zrobić pranie by odświeżyć noszonego już ciucha. Kolejna uwaga - na pewno wyjeżdżając chcesz mieć ze sobą wiele ciuchów, by na miejscu mieć pole do popisu i jak najlepiej wyglądać. Uwierz mi, możesz jak najlepiej wyglądać przez te dni mając kilka ciuchów w których już chodziłaś. Gdybyś nie wyglądała w nich dobrze, to nie kupiłabyś ich i nie chodziła w nich na co dzień. Powtórzę się - wyjeżdżamy, by wypocząć, a nie na rewię mody. Moja ciocia od lat nawet na długie wakacje zabiera tylko strój kąpielowy, jedną lub dwie (w zależności od tego, jak długi będzie pobyt) sukienki na jakieś wyjście i dres. I to wszystko. Gdy ją zapytałam jak ona to robi, że więcej rzeczy jej nie trzeba, odpowiedziała, że przecież nikt jej tam nie zna to dla kogo ma się stroić, poza tym prawie cały czas spędza na plaży, więc jej strojem głównym podczas wyjazdu jest bikini.
2. Zainwestuj w ręczniki z mikrofibry. Jeśli tak jak ja - z nieuzasadnionych przyczyn - brzydzisz się wycierania hotelowymi ręcznikami po kąpieli - zainwestuj w te z mikrofibry. Wprawdzie nie są tak przyjemne w dotyku jak puszyste ręczniki z froty, ale kilka (a nawet i kilkanaście) dni można się przemęczyć, bo zajmują o wiele mniej miejsca w torbie i szybciej schną.
3. Jak najmniej kolorówki. Gdy wyjeżdżam (szczególnie w jakieś ciepłe miejsce) moim celem jest łapanie promieni słonecznych, więc takie rzeczy jak podkład, puder czy róż są mi w zupełności niepotrzebne. Na wszelki wypadek (bo może wieczorem zapragnę zrobić sobie makijaż) odlewam trochę kremu tonującego do miniaturowego opakowania lub zabieram ze sobą próbki. Z kolorówki zabieram tylko tusz do rzęs i pomadkę do ust. Reszta naprawdę jest mi niepotrzebna.
4. Małe opakowania. Kiedyś zabierałam ze sobą cały szampon. Pamiętam, że jakieś dwa lata temu używałam w domu takiego, co miał 750 ml. Tak... zabrałam butelkę ze sobą na weekend. Do tego 500 ml żelu pod prysznic (bo takie opakowanie miałam), mydło w kostce (zupełnie nie wiem po co), balsam do ciała (500 ml), mleczko do demakijażu, płyn micelarny, (oba po 200 ml). Po tym, jak mój ówczesny chłopak wyśmiał mnie, że zabrałam na dwa dni całą łazienkę, zmieniłam taktykę. Zakupiłam w Rossmannie miniaturowe pojemniczki na kosmetyki i wyjeżdżając odlewam niezbędne produkty. W hotelach z reguły pod prysznicem znajdziemy żel pod prysznic z szamponem, ale na wszelki wypadek dobrze mieć swoje kosmetyki. Ale - nie tak jak ja swojego czasu - wielkie butle. Miniaturki w zupełności wystarczą. Jeśli nie masz ochoty bawić się w odlewanie produktów do malutkich buteleczek - możesz kupić kosmetyki w wersji mini. Spory ich wybór jest w Rossmannie.
5. Wybieraj kosmetyki wielofunkcyjne, z niektórych zrezygnuj. Np z peelingu. Wyjeżdżając na tydzień, albo nawet i dwa, można się obejść bez niego. Wystarczą złuszczające właściwości gąbki. Ewentualnie można zakupić żel pod prysznic z peelingującymi drobinkami. (Oczywiście nie należy zabierać całego kosmetyku, tylko odlewkę). Można też zakupić żel pod prysznic z właściwościami nawilżającymi, dzięki czemu nie trzeba będzie zabierać balsamu do ciała. Podobnie z włosami - na wyjazd najlepiej wybrać szampon typu 2 w 1, żeby nie musieć zabierać odżywki. Serum na zniszczone końcówki i maskę regenerującą można zostawić w domu. Piankę i lakier do włosów też można sobie odpuścić.
6. Weź mniej kosmetyków, jak będzie potrzeba to dokupisz na miejscu. Tam gdzie jedziemy, też są sklepy. I można w nich zrobić zakupy. Czasem wyjeżdżając do innego kraju lepiej wziąć mniejszy krem do opalania i dokupić sobie na miejscu. Inna sprawa - często zagranicą można dostać kosmetyki, których w Polsce jeszcze nie ma. Fajna okazja do wypróbowania.
7. Zamień płyny na chusteczki. Jeśli tylko się da. Zamiast mleczka do demakijażu lepiej wziąć chusteczki. Tak samo polecam dylemat "chusteczki do higieny intymnej czy płyn?" rozstrzygnąć z korzyścią dla pierwszej propozycji. Opakowania chusteczek zajmują mniej miejsce niż buteleczki z płynami czy żelami. Przy dłuższym wyjeździe płyny/ żele mogą okazać się niezbędne, ale jadąc na weekend można zastąpić mleczko do demakijażu i płyn micelarny chusteczką. I na tak krótki wyjazd można wybrać antyperspirant w chusteczce, a nie w kulce czy sprayu.
8. Sprawdź, czego potrzebujesz. Często na wyposażeniu łazienki hotelowej jest suszarka, a nawet prostownica, więc nie ma potrzeby zabierania swojej. Czasem te sprzęty okazują się w ogóle niepotrzebne - w ciepłych krajach wystarczy wyjść na balkon na 15 minut i włosy już są suche. Praktykowane przeze mnie.
9. Dogadajcie się ze znajomymi. Jeżeli wyjeżdżacie w kilka osób, dogadajcie się między sobą kto co zabiera. Tyczy się to i kosmetyków, i sprzętów typu suszarka, lokówka czy prostownica (jeśli zdecydujecie, że musicie je mieć).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
25.05.2014
16.02.2014
dobre, bo włoskie - wyspy Tremiti
Isole Tremiti to chyba najpiękniejsze miejsce jakie było mi dane zobaczyć we Włoszech. Znane są również jako Wyspy Diomedesa, gdyż zgodnie z legendą Diomedeusz
osiedlił się tam wracając z wojny trojańskiej i szukający swojego nowego miejsca na
ziemi. Przybył na wyspy po tym, jak został zdradzony przez całe swoje
królestwo. Grecki bohater został tutaj pochowany, a gatunek miejscowych
ptaków opłakiwał jego śmierć.
Widok archipelagu. Źródło zdjęcia tutaj
Wyspy Tremiti to jedyne wyspy na Morzu Adriatyckim należące do Włoch. Znajdują się w odległości ok. 30 km od Półwyspu Gargano. W skład archipelagu wchodzą wyspy San Nicola, San Domino, Capraia, Cretaccio i Pianosa, z czego zamieszkałe są tylko dwie pierwsze. W ciągu roku mieszka tu ok. 400 osób, jednak w sezonie ludzi jest tu więcej.
Położenie wysp Tremiti. Źródło zdjęcia: tutaj
Będąc w tym cudownym miejscu, które bez wahania mogę nazwać małym rajem na ziemi, nie mogłam uwierzyć w opowieści o jego historii. W XI wieku na wyspy dotarli Benedyktyni z Montecassino wznosząc na wyspie San Nicola opactwo pod wezwaniem Najświętszej Marii. Po wielu wiekach spokojnego życia religijnego Burboni zmienili diametralnie charakter wyspy zakładając tu więzienie. Opowieści o tym, przez jakie męki przechodziły osoby wygnane w to miejsce mrożą krew w żyłach. Natomiast na drugą z wysp - San Domino - Mussolini zesłał homoseksualistów, by odizolować ich od reszty włoskiego społeczeństwa. Rola Wysp Tremiti jako miejsca zesłania skończyła się wraz z epoką faszystowską. Obecnie archipelag utrzymuje się z rolnictwa i turystyki.
Zwiedzanie rozpoczęłam od portu w Termoli. Bilet na wycieczkę kosztował 35 euro. Cena obejmowała rejs statkiem wycieczkowym w obie strony oraz bilet na barkę którą opłynęliśmy okolice wysp. Podczas prawie godzinnego zwiedzania archipelagu z barki mieliśmy kilkanaście minut na kąpiel w morzu - co odważniejsi mogli pokusić się o nurkowanie - dokładnie w tym miejscu, w którym odbył się pierwszy na świecie ślub pod wodą, gdzie znajduje się zatopiony pomnik Ojca Pio. Jako ciekawostkę dodam, że para młoda oraz świadkowie ustanowili rekord Guinessa jeśli chodzi o liczbę osób, które jednocześnie zanurkowały i oglądały podwodną ceremonię. Rekord ten został pobity... w moim rodzinnym mieście! O czym można przeczytać tutaj . Ale wróćmy do samych wysp. Opływając wyspy można wpłynąć do jednej z jaskiń (a jaskinie i przepiękne groty skalne są tym, czego na pewno w okolicy nie brakuje), jednak podczas naszej wycieczki okazało się to niemożliwe ze względu na zbliżający się przypływ. Przy odrobinie szczęścia, dopływając do wysp można spotkać delfiny.
Zatopiona statua Ojca Pio. Źródło zdjęć tutaj
Podczas wycieczki barką
Po opłynięciu archipelagu zajęliśmy się zwiedzaniem jednej z wysp - San Nicola. Jest ona naprawdę przepiękna, zwiedza się ją idąc praktycznie przed siebie i co jakiś czas skręcając jak chody poprowadzą. Spacer po ruinach zapewnia niezapomniane widoki.
Widok na San Nicola
I kilka widoków z San Nicola
Co godzinę z San Nicola odpływa barka którą można dostać się na San Domino - jedyną wyspę archipelagu, która posiada maleńki skrawek piaszczystej plaży. Wprawdzie jest prywatna plaża - trzeba zapłacić za leżak - jednak jeśli jest się w stanie znaleźć odrobinę wolnego miejsca na rozbicie się z własnym ręcznikiem to nikt nie robi problemów i nie żąda opłat.
San Domino - jedyna wyspa archipelagu posiadająca skrawek piaszczystej plaży
Plaża San Domino. Źródło zdjęć tutaj
Jednak po pewnym czasie woda zalewająca ręcznik zniechęciła mnie do dalszego opalania i wybrałam posiedzenie w wodzie na zmianę z pływaniem. A następnie kawa i spacer. Najprzyjemniej zwiedzało się wyspę po zejściu z głównej drogi i przejściu na skalne urwiska z których rozciągały się kolejne piękne widoki. Z San Domino wróciliśmy do portu w Termoli.
Mimo, że sporo spacerowałam i zajrzałam chyba w każdy zakamarek obu zwiedzanych przeze mnie wysp, czuję niedosyt. To miejsce wydaje mi się tak niesamowicie piękne, magiczne a przez swoją historię również tajemnicze, że odnoszę wrażenie iż to niemożliwe bym wszystko co miałam zobaczyć zobaczyła i wszystko co miała przeżyć przeżyła. Póki co to archipelag Tremiti ma u mnie status raju na ziemi i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócę.
Widok archipelagu. Źródło zdjęcia tutaj
Wyspy Tremiti to jedyne wyspy na Morzu Adriatyckim należące do Włoch. Znajdują się w odległości ok. 30 km od Półwyspu Gargano. W skład archipelagu wchodzą wyspy San Nicola, San Domino, Capraia, Cretaccio i Pianosa, z czego zamieszkałe są tylko dwie pierwsze. W ciągu roku mieszka tu ok. 400 osób, jednak w sezonie ludzi jest tu więcej.
Położenie wysp Tremiti. Źródło zdjęcia: tutaj
Będąc w tym cudownym miejscu, które bez wahania mogę nazwać małym rajem na ziemi, nie mogłam uwierzyć w opowieści o jego historii. W XI wieku na wyspy dotarli Benedyktyni z Montecassino wznosząc na wyspie San Nicola opactwo pod wezwaniem Najświętszej Marii. Po wielu wiekach spokojnego życia religijnego Burboni zmienili diametralnie charakter wyspy zakładając tu więzienie. Opowieści o tym, przez jakie męki przechodziły osoby wygnane w to miejsce mrożą krew w żyłach. Natomiast na drugą z wysp - San Domino - Mussolini zesłał homoseksualistów, by odizolować ich od reszty włoskiego społeczeństwa. Rola Wysp Tremiti jako miejsca zesłania skończyła się wraz z epoką faszystowską. Obecnie archipelag utrzymuje się z rolnictwa i turystyki.
Zwiedzanie rozpoczęłam od portu w Termoli. Bilet na wycieczkę kosztował 35 euro. Cena obejmowała rejs statkiem wycieczkowym w obie strony oraz bilet na barkę którą opłynęliśmy okolice wysp. Podczas prawie godzinnego zwiedzania archipelagu z barki mieliśmy kilkanaście minut na kąpiel w morzu - co odważniejsi mogli pokusić się o nurkowanie - dokładnie w tym miejscu, w którym odbył się pierwszy na świecie ślub pod wodą, gdzie znajduje się zatopiony pomnik Ojca Pio. Jako ciekawostkę dodam, że para młoda oraz świadkowie ustanowili rekord Guinessa jeśli chodzi o liczbę osób, które jednocześnie zanurkowały i oglądały podwodną ceremonię. Rekord ten został pobity... w moim rodzinnym mieście! O czym można przeczytać tutaj . Ale wróćmy do samych wysp. Opływając wyspy można wpłynąć do jednej z jaskiń (a jaskinie i przepiękne groty skalne są tym, czego na pewno w okolicy nie brakuje), jednak podczas naszej wycieczki okazało się to niemożliwe ze względu na zbliżający się przypływ. Przy odrobinie szczęścia, dopływając do wysp można spotkać delfiny.
Zatopiona statua Ojca Pio. Źródło zdjęć tutaj
Podczas wycieczki barką
Po opłynięciu archipelagu zajęliśmy się zwiedzaniem jednej z wysp - San Nicola. Jest ona naprawdę przepiękna, zwiedza się ją idąc praktycznie przed siebie i co jakiś czas skręcając jak chody poprowadzą. Spacer po ruinach zapewnia niezapomniane widoki.
Widok na San Nicola
I kilka widoków z San Nicola
Co godzinę z San Nicola odpływa barka którą można dostać się na San Domino - jedyną wyspę archipelagu, która posiada maleńki skrawek piaszczystej plaży. Wprawdzie jest prywatna plaża - trzeba zapłacić za leżak - jednak jeśli jest się w stanie znaleźć odrobinę wolnego miejsca na rozbicie się z własnym ręcznikiem to nikt nie robi problemów i nie żąda opłat.
San Domino - jedyna wyspa archipelagu posiadająca skrawek piaszczystej plaży
Plaża San Domino. Źródło zdjęć tutaj
Jednak po pewnym czasie woda zalewająca ręcznik zniechęciła mnie do dalszego opalania i wybrałam posiedzenie w wodzie na zmianę z pływaniem. A następnie kawa i spacer. Najprzyjemniej zwiedzało się wyspę po zejściu z głównej drogi i przejściu na skalne urwiska z których rozciągały się kolejne piękne widoki. Z San Domino wróciliśmy do portu w Termoli.
Mimo, że sporo spacerowałam i zajrzałam chyba w każdy zakamarek obu zwiedzanych przeze mnie wysp, czuję niedosyt. To miejsce wydaje mi się tak niesamowicie piękne, magiczne a przez swoją historię również tajemnicze, że odnoszę wrażenie iż to niemożliwe bym wszystko co miałam zobaczyć zobaczyła i wszystko co miała przeżyć przeżyła. Póki co to archipelag Tremiti ma u mnie status raju na ziemi i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócę.
6.01.2014
Oto Praga!
Po wielu podejściach w końcu udało mi się zorganizować i wybrać do stolicy jednego z naszych południowych sąsiadów. Praga - bo o niej mowa - od razu mnie urzekła i na żywo okazała się o wiele piękniejsza niż można zobaczyć na zdjęciach. Miasto przywitało mnie o poranku, gdy poranna mgła opadała odsłaniając przepiękną praską panoramę. Swój spacer po mieście rozpoczęłam od Strahova, skąd rozpościerał się taki widok:
Następnie udaliśmy się na Hradczany, przepiękną dzielnicę, gdzie oko cieszą nie tylko widoki, lecz także zabytki. Jako że nie jestem miłośniczką zabytkowych wnętrz a historia fascynuje mnie jedynie od zewnątrz, czyli od strony architektonicznej, odpuściłam sobie zwiedzanie miejsc od środka. Więcej o tym co zwiedzić na praskich Hradczanach można przeczytać tutaj . Podczas gdy część grupy zwiedzała katedry, komnaty i inne interesujące ich miejsca, ja wraz ze znajomymi zaszyłam się w pobliskiej kawiarence. ;) A podczas jej poszukiwań uwieczniłam na zdjęciach charakterystyczną dla Pragi, wszechobecną czerwoną dachówkę oraz okoliczne uliczki.
Bilet na zwiedzanie zabytków na Hradczanach kosztował 250 koron, podobno można kupić bilety na poszczególne miejsca (np. tylko na zwiedzanie Złotej Uliczki), jednak jest ich określona pula. Jednak niektóre z atrakcji tej dzielnicy po godzinie 18.00 można zwiedzić za darmo, bo już nikt nie sprawdza biletów. Jeśli chodzi o Złotą Uliczkę to dla mnie, jako dla polonistki z wykształcenia, ciekawa okazała się historia Franza Kafki i jego siostry. Rodzice pisarza wysyłając córkę na studia zdecydowali, że powinna mieć odpowiednie warunki do nauki i dawali jej pieniądze by wynajmowała za nie kawalerkę. Dziewczyna szukając oszczędności zdecydowała się na lokum przy Złotej Uliczce (o czym rodzice nie mieli pojęcia). Mieszkając tam nie poświęcała zbyt wiele czasu na naukę, bardziej skupiała się na sprowadzaniu do swojego mieszkania (o ile można to nazwać mieszkaniem) mężczyzn w wiadomym celu. Prawdę poznał jej brat - Franz Kafka - który w zamian za milczenie wprowadził się do siostry i przez ponad dwa lata zaoszczędził pieniądze, które w innej sytuacji musiałby wydać na wynajem własnego mieszkania.
Następna w kolejności była Mała Strana, o której więcej informacji można znaleźć tutaj i tutaj . Następnie, po obiedzie, przeszliśmy na słynny Most Karola , gdzie panował niesamowity klimat i z którego rozciągał się przepiękny widok na Wełtawę oraz zamek.
Swój spacer na moście rozpoczęłam ok. godz. 16.00 gdy jeszcze było w miarę jasno, jednak miejsce to najpiękniej prezentowało się gdy zaczęło się ściemniać. Przed 17.00 Most Karola jawił mi się jako zwykła miejsce do spaceru. Po 17.00 miejsce to nabrało niesamowitej magii, podobnie jak obiekty które można było z niego obserwować.
Kolejne punkty naszego spaceru po Pradze to rynek Starego Miasta oraz Nowe Miasto , gdzie na dobrą sprawę spędziliśmy najwięcej czasu. Po pierwszym spacerze mającym na celu poznanie miejsc, wysłuchanie przewodnika oraz zapoznanie z terenem odłączyliśmy od grupy i krążyliśmy między praską starówką a Placem Wacława. Na rynku zaliczyliśmy imprezę sylwestrową, natomiast chwilę przed północą udaliśmy się na Nowe Miasto by przywitać Nowy Rok na Placu Wacława.
Podsumowując:
Cieszę się, że w końcu udało mi się zrealizować podróżnicze marzenie o Pradze. Mimo ujemnej temperatury i wielu godzin na nogach wspominam ten wyjazd niezwykle miło i na pewno jeszcze wrócę do Pragi, być może na dłużej. Miasto jest przepiękne i ma niesamowity klimat, który zmienia się w zależności od pory dnia. Zabawne było dla mnie to, że Czesi brali mnie za Rosjankę - o ile do moich znajomych od razu mówili po angielsku, tak do mnie zagadywali po rosyjsku. Cenowo Praga jest porównywalna do większych polskich miast. Za kawę na Hradczanach zapłaciliśmy po 70 koron, kubek grzanego wina na Starym Mieście to wydatek w wysokości 50 koron. Trunek ten można było spotkać - w zależności od części miasta - za 40 lub za 70 koron. W przypadku jedzenia panuje powszechnie znana zasada - im bliżej centrum, tym drożej. My akurat swój obiad i kolację skonsumowaliśmy w McDonalds, ponieważ w normalnych czeskich restauracjach/ knajpach często do rachunku doliczane jest 10% ceny zakupionego jedzenia jako napiwek (o czym dowiadujemy się podczas płacenia). W niektórych miejscach lubią też policzyć sobie za serwis, czyli za przyprawy które stoją na stole. Nawet jeśli ich nie użyjemy. Z tego powodu woleliśmy od razu udać się do maca niż bawić się w chodzenie od knajpy do knajpy w celu znalezienia czegoś, w czym nie stracimy zbyt wiele. Ale nawet tam na jedzenie nie wydaliśmy za wiele, bo sporo zabraliśmy z domu. Znajomi zatroszczyli się o bułki, ja napiekłam dużo pasztetów drożdżowych - takie podłużne paluchy nadziewane mielonym mięsem. Bardzo dobre i zaspokajające głód na jakiś czas. Dzięki takiemu własnemu zaopatrzeniu każdy z nas wydał w Pradze nie więcej niż 400 koron. Ale... gdy wrócę do Pragi, poświęcę czas i pieniądze i skuszę się na czeskie danie w czeskiej restauracji ;)
Aaaa.... i jeszcze jedno - podobno Pragę najlepiej zwiedza się wtedy, gdy się w niej zgubi ;)
Przydatne linki:
Przewodnik po Pradze
Złota Praga
Następnie udaliśmy się na Hradczany, przepiękną dzielnicę, gdzie oko cieszą nie tylko widoki, lecz także zabytki. Jako że nie jestem miłośniczką zabytkowych wnętrz a historia fascynuje mnie jedynie od zewnątrz, czyli od strony architektonicznej, odpuściłam sobie zwiedzanie miejsc od środka. Więcej o tym co zwiedzić na praskich Hradczanach można przeczytać tutaj . Podczas gdy część grupy zwiedzała katedry, komnaty i inne interesujące ich miejsca, ja wraz ze znajomymi zaszyłam się w pobliskiej kawiarence. ;) A podczas jej poszukiwań uwieczniłam na zdjęciach charakterystyczną dla Pragi, wszechobecną czerwoną dachówkę oraz okoliczne uliczki.
Bilet na zwiedzanie zabytków na Hradczanach kosztował 250 koron, podobno można kupić bilety na poszczególne miejsca (np. tylko na zwiedzanie Złotej Uliczki), jednak jest ich określona pula. Jednak niektóre z atrakcji tej dzielnicy po godzinie 18.00 można zwiedzić za darmo, bo już nikt nie sprawdza biletów. Jeśli chodzi o Złotą Uliczkę to dla mnie, jako dla polonistki z wykształcenia, ciekawa okazała się historia Franza Kafki i jego siostry. Rodzice pisarza wysyłając córkę na studia zdecydowali, że powinna mieć odpowiednie warunki do nauki i dawali jej pieniądze by wynajmowała za nie kawalerkę. Dziewczyna szukając oszczędności zdecydowała się na lokum przy Złotej Uliczce (o czym rodzice nie mieli pojęcia). Mieszkając tam nie poświęcała zbyt wiele czasu na naukę, bardziej skupiała się na sprowadzaniu do swojego mieszkania (o ile można to nazwać mieszkaniem) mężczyzn w wiadomym celu. Prawdę poznał jej brat - Franz Kafka - który w zamian za milczenie wprowadził się do siostry i przez ponad dwa lata zaoszczędził pieniądze, które w innej sytuacji musiałby wydać na wynajem własnego mieszkania.
Następna w kolejności była Mała Strana, o której więcej informacji można znaleźć tutaj i tutaj . Następnie, po obiedzie, przeszliśmy na słynny Most Karola , gdzie panował niesamowity klimat i z którego rozciągał się przepiękny widok na Wełtawę oraz zamek.
Swój spacer na moście rozpoczęłam ok. godz. 16.00 gdy jeszcze było w miarę jasno, jednak miejsce to najpiękniej prezentowało się gdy zaczęło się ściemniać. Przed 17.00 Most Karola jawił mi się jako zwykła miejsce do spaceru. Po 17.00 miejsce to nabrało niesamowitej magii, podobnie jak obiekty które można było z niego obserwować.
Kolejne punkty naszego spaceru po Pradze to rynek Starego Miasta oraz Nowe Miasto , gdzie na dobrą sprawę spędziliśmy najwięcej czasu. Po pierwszym spacerze mającym na celu poznanie miejsc, wysłuchanie przewodnika oraz zapoznanie z terenem odłączyliśmy od grupy i krążyliśmy między praską starówką a Placem Wacława. Na rynku zaliczyliśmy imprezę sylwestrową, natomiast chwilę przed północą udaliśmy się na Nowe Miasto by przywitać Nowy Rok na Placu Wacława.
Podsumowując:
Cieszę się, że w końcu udało mi się zrealizować podróżnicze marzenie o Pradze. Mimo ujemnej temperatury i wielu godzin na nogach wspominam ten wyjazd niezwykle miło i na pewno jeszcze wrócę do Pragi, być może na dłużej. Miasto jest przepiękne i ma niesamowity klimat, który zmienia się w zależności od pory dnia. Zabawne było dla mnie to, że Czesi brali mnie za Rosjankę - o ile do moich znajomych od razu mówili po angielsku, tak do mnie zagadywali po rosyjsku. Cenowo Praga jest porównywalna do większych polskich miast. Za kawę na Hradczanach zapłaciliśmy po 70 koron, kubek grzanego wina na Starym Mieście to wydatek w wysokości 50 koron. Trunek ten można było spotkać - w zależności od części miasta - za 40 lub za 70 koron. W przypadku jedzenia panuje powszechnie znana zasada - im bliżej centrum, tym drożej. My akurat swój obiad i kolację skonsumowaliśmy w McDonalds, ponieważ w normalnych czeskich restauracjach/ knajpach często do rachunku doliczane jest 10% ceny zakupionego jedzenia jako napiwek (o czym dowiadujemy się podczas płacenia). W niektórych miejscach lubią też policzyć sobie za serwis, czyli za przyprawy które stoją na stole. Nawet jeśli ich nie użyjemy. Z tego powodu woleliśmy od razu udać się do maca niż bawić się w chodzenie od knajpy do knajpy w celu znalezienia czegoś, w czym nie stracimy zbyt wiele. Ale nawet tam na jedzenie nie wydaliśmy za wiele, bo sporo zabraliśmy z domu. Znajomi zatroszczyli się o bułki, ja napiekłam dużo pasztetów drożdżowych - takie podłużne paluchy nadziewane mielonym mięsem. Bardzo dobre i zaspokajające głód na jakiś czas. Dzięki takiemu własnemu zaopatrzeniu każdy z nas wydał w Pradze nie więcej niż 400 koron. Ale... gdy wrócę do Pragi, poświęcę czas i pieniądze i skuszę się na czeskie danie w czeskiej restauracji ;)
Aaaa.... i jeszcze jedno - podobno Pragę najlepiej zwiedza się wtedy, gdy się w niej zgubi ;)
Przydatne linki:
Przewodnik po Pradze
Złota Praga
16.12.2013
Drezno - w poszukiwaniu magii świąt
Dobra organizacja czasu, odległość ok. 420 km oraz jakieś 25 euro do dyspozycji - oto składniki udanej soboty. Soboty, podczas której zakochałam się w kolejnym mieście i po której obaliłam negatywne stereotypy dotyczące Niemców.
Po prawie 7 godzinach nocnej podróży dotarłam na miejsce. Przywitała mnie całkiem ładna pogoda - bezwietrznie, temperatura ok. 6 stopni na plusie. Punktem startowym mojej wizyty w Dreźnie były Tarasy Brühla, nazywane "Balkonem Europy", czyli przepiękny deptak ciągnący się wzdłuż wód rzeki Łaby.
Już po pierwszym rzucie oka na to miasto zrozumiałam, dlaczego jest ono nazywane Florencją Północy. I wiedziałam, że spędzę tu wspaniale czas i zapragnę jeszcze powrócić - Tarasy Brühla prezentowały się o tej porze roku przepięknie, sądzę jednak że w lecie jest tu o wiele bardziej magicznie.
Podczas wizyty w Dreźnie ograniczyłam się do Altstadt, czyli Starego Miasta. Zabytkami zachwycałam się tylko z zewnątrz, ponieważ miłośniczką sztuki, malarstwa i innych pamiątek przetrzymywanych wewnątrz gmachów nie jestem. Z tej racji nie poświęcę muzeom miejsca na swoim blogu, a osoby zainteresowane odsyłam tutaj. Oczywiście nie mogłam odpuścić wizyty w Altmarkt Galerie, gdzie zaopatrzyłam się w zapasy kosmetyczne.
Po zrobieniu zakupów i zwiedzeniu miasta nadeszła pora na odwiedzenie Jarmarków Bożonarodzeniowych. Łącznie w Dreźnie jest ich ok. 10, z czego zdecydowana większość zlokalizowana jest w centrum. Najpopularniejszym i najstarszym drezdeńskim jarmarkiem bożonarodzeniowym jest Striezelmarkt znajdujący się tuż przy Altmarkt Galerie. Inne popularne jarmarki w sercu miasta to Weihnachtsmarkt an der Prager Strasse, Weihnachtsmarkt an der Frauenkirche, Mittelalter - Weihnacht im Stallhof oraz romantischer
Weihnachtsmarkt tuż przy zamku. Jarmarki są czynne już od godziny 10.00, jednak prawdziwe oblężenie zaczyna się od godz. 15.00. Ja najwięcej czasu spędziłam na Striezelmarkt, gdzie poczułam magię świąt oraz na chwilę powróciłam do dzieciństwa. A wszystko za sprawą scenerii, pachnących wypieków, świątecznej piekarni oraz baśniowego domku. Pojawił się również element dorosłości w postaci grzanego wina.
Więcej o drezdeńskich jarmarkach świątecznych:
an der Prager Strasse
Striezelmarkt
an der Frauenkirche
Stallhof
romantischer Weihnachtsmarkt am Schloss
O cenach w Dreźnie ciężko jednoznacznie się wypowiedzieć. Kawę można kupić za 3 euro, grzane wino na jarmarku waha się w przedziale 1,5 - 3 euro. Zjeść coś na mieście można zarówno za 2,5 euro, jak i za 12 euro. Słodycze na jarmarku można zakupić za 2 - 15 euro. Niezwykle opłacalne okazują się zakupy w Rossmannie i DM. W przypadku pierwszej drogerii zakupiłam sobie olejki eteryczne w świątecznych zapachach oraz lawandowe. Podczas gdy w Polsce płacę za nie ok. 11 - 15 zł, w niemieckim Rossmannie dostałam je za 0,69 - 1,20 euro. Kolejnym rajem okazała się drogeria DM, gdzie zakupiłam maskę do włosów marki Balea (ok. 1 euro, z tego co wiem zamawiając ją przez internet płaci się więcej) oraz te kosmetyki marki John Frieda których w Polsce jeszcze nie ma.
Wśród moich zakupów nie zabrakło oczywiście pocztówek które kolekcjonuję, kalendarzy ze zdjęciami miasta (prezenty dla przyjaciółek) oraz słodyczy z jarmarku.
Z jarmarku przywiozłam również pamiątkę w postaci kubeczka z którego popijałam grzane winko. Za kubek płaciło się 2,5 euro kaucji, którą później można było odzyskać gdy zwróciło się naczynie. Ja zaliczyłam się do tych, którzy wzięli kubek ze sobą do domu. ;)
To, co mile mnie zaskoczyło to nie tylko przepiękna sceneria i magiczna atmosfera na jarmarkach. Największym szokiem było dla mnie to, że... Niemcy są tacy sympatyczni. Po prostu nie mogę uwierzyć, że ten naród rozpętał wojnę a przodkowie spotykanych na ulicy ludzi mieli coś wspólnego z Hitlerem.
Po cudownie spędzonym dniu opuszczałam Drezno z uśmiechem zadowolenia po udanej wycieczce oraz z lekkim smutkiem - że to już koniec. Ale mam nadzieję, że jeszcze wrócę do tego miasta, jednak - dla odmiany - w jakiejś letniej porze. A w przyszłym roku chciałabym odwiedzić nie jedno a dwa miasta w okresie przedświątecznym.
Po prawie 7 godzinach nocnej podróży dotarłam na miejsce. Przywitała mnie całkiem ładna pogoda - bezwietrznie, temperatura ok. 6 stopni na plusie. Punktem startowym mojej wizyty w Dreźnie były Tarasy Brühla, nazywane "Balkonem Europy", czyli przepiękny deptak ciągnący się wzdłuż wód rzeki Łaby.
Już po pierwszym rzucie oka na to miasto zrozumiałam, dlaczego jest ono nazywane Florencją Północy. I wiedziałam, że spędzę tu wspaniale czas i zapragnę jeszcze powrócić - Tarasy Brühla prezentowały się o tej porze roku przepięknie, sądzę jednak że w lecie jest tu o wiele bardziej magicznie.
Podczas wizyty w Dreźnie ograniczyłam się do Altstadt, czyli Starego Miasta. Zabytkami zachwycałam się tylko z zewnątrz, ponieważ miłośniczką sztuki, malarstwa i innych pamiątek przetrzymywanych wewnątrz gmachów nie jestem. Z tej racji nie poświęcę muzeom miejsca na swoim blogu, a osoby zainteresowane odsyłam tutaj. Oczywiście nie mogłam odpuścić wizyty w Altmarkt Galerie, gdzie zaopatrzyłam się w zapasy kosmetyczne.
Po zrobieniu zakupów i zwiedzeniu miasta nadeszła pora na odwiedzenie Jarmarków Bożonarodzeniowych. Łącznie w Dreźnie jest ich ok. 10, z czego zdecydowana większość zlokalizowana jest w centrum. Najpopularniejszym i najstarszym drezdeńskim jarmarkiem bożonarodzeniowym jest Striezelmarkt znajdujący się tuż przy Altmarkt Galerie. Inne popularne jarmarki w sercu miasta to Weihnachtsmarkt an der Prager Strasse, Weihnachtsmarkt an der Frauenkirche, Mittelalter - Weihnacht im Stallhof oraz romantischer
Weihnachtsmarkt tuż przy zamku. Jarmarki są czynne już od godziny 10.00, jednak prawdziwe oblężenie zaczyna się od godz. 15.00. Ja najwięcej czasu spędziłam na Striezelmarkt, gdzie poczułam magię świąt oraz na chwilę powróciłam do dzieciństwa. A wszystko za sprawą scenerii, pachnących wypieków, świątecznej piekarni oraz baśniowego domku. Pojawił się również element dorosłości w postaci grzanego wina.
Więcej o drezdeńskich jarmarkach świątecznych:
an der Prager Strasse
Striezelmarkt
an der Frauenkirche
Stallhof
romantischer Weihnachtsmarkt am Schloss
O cenach w Dreźnie ciężko jednoznacznie się wypowiedzieć. Kawę można kupić za 3 euro, grzane wino na jarmarku waha się w przedziale 1,5 - 3 euro. Zjeść coś na mieście można zarówno za 2,5 euro, jak i za 12 euro. Słodycze na jarmarku można zakupić za 2 - 15 euro. Niezwykle opłacalne okazują się zakupy w Rossmannie i DM. W przypadku pierwszej drogerii zakupiłam sobie olejki eteryczne w świątecznych zapachach oraz lawandowe. Podczas gdy w Polsce płacę za nie ok. 11 - 15 zł, w niemieckim Rossmannie dostałam je za 0,69 - 1,20 euro. Kolejnym rajem okazała się drogeria DM, gdzie zakupiłam maskę do włosów marki Balea (ok. 1 euro, z tego co wiem zamawiając ją przez internet płaci się więcej) oraz te kosmetyki marki John Frieda których w Polsce jeszcze nie ma.
Wśród moich zakupów nie zabrakło oczywiście pocztówek które kolekcjonuję, kalendarzy ze zdjęciami miasta (prezenty dla przyjaciółek) oraz słodyczy z jarmarku.
Z jarmarku przywiozłam również pamiątkę w postaci kubeczka z którego popijałam grzane winko. Za kubek płaciło się 2,5 euro kaucji, którą później można było odzyskać gdy zwróciło się naczynie. Ja zaliczyłam się do tych, którzy wzięli kubek ze sobą do domu. ;)
To, co mile mnie zaskoczyło to nie tylko przepiękna sceneria i magiczna atmosfera na jarmarkach. Największym szokiem było dla mnie to, że... Niemcy są tacy sympatyczni. Po prostu nie mogę uwierzyć, że ten naród rozpętał wojnę a przodkowie spotykanych na ulicy ludzi mieli coś wspólnego z Hitlerem.
Po cudownie spędzonym dniu opuszczałam Drezno z uśmiechem zadowolenia po udanej wycieczce oraz z lekkim smutkiem - że to już koniec. Ale mam nadzieję, że jeszcze wrócę do tego miasta, jednak - dla odmiany - w jakiejś letniej porze. A w przyszłym roku chciałabym odwiedzić nie jedno a dwa miasta w okresie przedświątecznym.
11.12.2013
dobre, bo włoskie - Vasto
Przebywając w Termoli, które opisałam w tym poście miałam dobrą bazę wypadową do innych włoskich miejsc. Pewnej nocy wybraliśmy się do położonego w sąsiadującej Abruzji Vasto. Miasteczko to dzieli od Termoli jakieś 30 km. Jest ono położone na górze, zatem rozciąga się z niego przepiękny widok na morze.
Vasto poznałam nocą i bardzo ubolewam, że nie mogłam tam spędzić również dnia. To, jak miasto prezentuje się zanim zajdzie słońce zobaczyłam dopiero na zdjęciach dostępnych w internecie. Będąc tam miałam zatem okazję poznać jedynie nocne życie Włochów w mieście innym niż Termoli. I - co ważne - jadłam tam najlepsze lody na świecie. Nawet te w Nowym Targu (które uwielbiałam) myją się do lodów które kupiłam w lodziarni w Vasto. Ciekawostką jest również to, że wielu ludzi spędzających czas w miejskich knajpkach piło tylko polską wódkę Wyborową.
Swój spacer ulicami Vasto rozpoczęliśmy od placu głównego - Piazza Rossetti, gdzie mieszkańcy i turyści spędzają czas przy kawie, drinku czy na jakimś spotkaniu zorganizowanym na świeżym powietrzu. W pobliżu znajduje się zamek Castello Calderosco oraz kilka zabytkowych kamieniczek. Warto również poświęcić uwagę miejscowej katedrze oraz sąsiadującemu z nią renesansowemu Palazzo d'Avalos gdzie mieszkała niegdyś Vittoria Colonna - poetka i przyjaciółka Michała Anioła.
Architektura starówki pod osłoną nocy wyglądała naprawdę przepięknie. Nasze zwiedzanie objęło całe stare miasto, przepiękny park i oczywiście podziwianie morza z położonego na skraju skarpy Piazza del Popolo. Włoskie miasteczka prezentują się nocą naprawdę przepięknie, nocne życie we Włoszech jest niesamowite i nieporównywalne do niczego innego, ale czuję ogromny niedosyt po wizycie w Vasto - bardzo, ale to bardzo chciałam zobaczyć to miasto również w ciągu dnia. Spędzić trochę czasu na plaży, może nawet poszaleć w Aqualand Del Vasto.
Miasto - czy to widziane nocą, czy na zdjęciach dostarczonych przez wujka google - zrobiło na mnie ogromne wrażenie ze względu na swoje położenie.
A linia brzegowa - jeśli wierzyć wujkowi google - w pełnym słońcu jest przepiękna!
Vasto poznałam nocą i bardzo ubolewam, że nie mogłam tam spędzić również dnia. To, jak miasto prezentuje się zanim zajdzie słońce zobaczyłam dopiero na zdjęciach dostępnych w internecie. Będąc tam miałam zatem okazję poznać jedynie nocne życie Włochów w mieście innym niż Termoli. I - co ważne - jadłam tam najlepsze lody na świecie. Nawet te w Nowym Targu (które uwielbiałam) myją się do lodów które kupiłam w lodziarni w Vasto. Ciekawostką jest również to, że wielu ludzi spędzających czas w miejskich knajpkach piło tylko polską wódkę Wyborową.
Swój spacer ulicami Vasto rozpoczęliśmy od placu głównego - Piazza Rossetti, gdzie mieszkańcy i turyści spędzają czas przy kawie, drinku czy na jakimś spotkaniu zorganizowanym na świeżym powietrzu. W pobliżu znajduje się zamek Castello Calderosco oraz kilka zabytkowych kamieniczek. Warto również poświęcić uwagę miejscowej katedrze oraz sąsiadującemu z nią renesansowemu Palazzo d'Avalos gdzie mieszkała niegdyś Vittoria Colonna - poetka i przyjaciółka Michała Anioła.
Architektura starówki pod osłoną nocy wyglądała naprawdę przepięknie. Nasze zwiedzanie objęło całe stare miasto, przepiękny park i oczywiście podziwianie morza z położonego na skraju skarpy Piazza del Popolo. Włoskie miasteczka prezentują się nocą naprawdę przepięknie, nocne życie we Włoszech jest niesamowite i nieporównywalne do niczego innego, ale czuję ogromny niedosyt po wizycie w Vasto - bardzo, ale to bardzo chciałam zobaczyć to miasto również w ciągu dnia. Spędzić trochę czasu na plaży, może nawet poszaleć w Aqualand Del Vasto.
Miasto - czy to widziane nocą, czy na zdjęciach dostarczonych przez wujka google - zrobiło na mnie ogromne wrażenie ze względu na swoje położenie.
A linia brzegowa - jeśli wierzyć wujkowi google - w pełnym słońcu jest przepiękna!
22.11.2013
dobre, bo włoskie - Termoli
Patrząc na pogodę panującą za oknem wzięło mnie na ciepłe, włoskie wspomnienia. Na pierwszy ogień idzie Termoli w regionie Molise.
Włochy to jeden z krajów, do których zawsze czułam jakiś nieuzasadniony pociąg i sentyment. Zwiedzając różne miejsca tego kraju stwierdzam, że najprzyjemniej spędzało mi się czas w mniejszych miasteczkach niż w dużych miastach. Szczególnie zafascynowałam się Termoli, klimatycznym miasteczkiem położonym na południu Włoch, w regionie Molise.
Termoli znajduje się w odległości 400 km od Rzymu i liczy ok. 30 tys. mieszkańców a w okresie letnim jest to jeden z kurortów najchętniej wybierany przez włoskie rodziny. Mieszkańcy miasteczka utrzymują się głównie z rybołówstwa i turystyki. Miłośników motoryzacji na pewno zainteresuje fakt, że na terenie miasta znajduje się fabryka Fiata. Poza tym słynie ono z przepięknych plaż i nadmorskiej zabudowy fortyfikacyjnej. Najpiękniejszą (moim zdaniem) częścią tego miasta jest Borgo Antico a Termoli, czyli stare miasto, znajdujące się na cyplu morza.
Borgo Antico a Termoli największe wrażenie robiło na mnie nocą - nie ma nic piękniejszego niż stare historyczne zabudowania otoczone morzem, wąskie, klimatyczne uliczki (ciekawostką jest fakt, że Termoli jest w sporze z gminą Ripatransone. Oba samorządy od lat kłócą się o to, kto we Włoszech ma najwęższą ulicę w mieście. Jedna z uliczek starego miasta w Termoli ma w najszerszym punkcie około 50 cm, a w najwęższym 33 cm.) i życie rozkręcające się w tych godzinach, które w Polsce rozpoczynają ciszę nocną. Tłumy ludzi w lodziarniach i kawiarniach, zumba na uliczkach starówki, smak kawy, nocne spacery po plaży... to moje pierwsze skojarzenia z tym miejscem. Czasem sobie myślę, że świetnie odnalazłabym się w tym mieście, gdybym miała okazję tam zamieszkać.
Włochy to jeden z krajów, do których zawsze czułam jakiś nieuzasadniony pociąg i sentyment. Zwiedzając różne miejsca tego kraju stwierdzam, że najprzyjemniej spędzało mi się czas w mniejszych miasteczkach niż w dużych miastach. Szczególnie zafascynowałam się Termoli, klimatycznym miasteczkiem położonym na południu Włoch, w regionie Molise.
Termoli - widok z góry
Termoli znajduje się w odległości 400 km od Rzymu i liczy ok. 30 tys. mieszkańców a w okresie letnim jest to jeden z kurortów najchętniej wybierany przez włoskie rodziny. Mieszkańcy miasteczka utrzymują się głównie z rybołówstwa i turystyki. Miłośników motoryzacji na pewno zainteresuje fakt, że na terenie miasta znajduje się fabryka Fiata. Poza tym słynie ono z przepięknych plaż i nadmorskiej zabudowy fortyfikacyjnej. Najpiękniejszą (moim zdaniem) częścią tego miasta jest Borgo Antico a Termoli, czyli stare miasto, znajdujące się na cyplu morza.
Widok na starówkę (od strony plaży)
Borgo Antico a Termoli największe wrażenie robiło na mnie nocą - nie ma nic piękniejszego niż stare historyczne zabudowania otoczone morzem, wąskie, klimatyczne uliczki (ciekawostką jest fakt, że Termoli jest w sporze z gminą Ripatransone. Oba samorządy od lat kłócą się o to, kto we Włoszech ma najwęższą ulicę w mieście. Jedna z uliczek starego miasta w Termoli ma w najszerszym punkcie około 50 cm, a w najwęższym 33 cm.) i życie rozkręcające się w tych godzinach, które w Polsce rozpoczynają ciszę nocną. Tłumy ludzi w lodziarniach i kawiarniach, zumba na uliczkach starówki, smak kawy, nocne spacery po plaży... to moje pierwsze skojarzenia z tym miejscem. Czasem sobie myślę, że świetnie odnalazłabym się w tym mieście, gdybym miała okazję tam zamieszkać.
Jeden z nocnych spacerów
uliczkami Starego Miasta
Wybierając się w to miejsce należy nastawić się, że jedynym językiem w jakim można się tu porozumieć jest język włoski lub pokazywanie sobie o co chodzi na migi. W Termoli nie spotkałam nikogo, z kim można było porozmawiać po angielsku. Wszelkie próby komunikacji w tym języku kończyły się szczerym uśmiechem ze strony rozmówcy i powiedzeniem mi "Buongiorno". Na szczęście przed wyjazdem poznałam trochę podstaw tego języka, dodatkowo miałam przy sobie rozmówki włoskie a w swojej ekipie koleżankę uczącą się tego języka. Żeby było zabawnie - mieliśmy okazję dogadać się tam także po polsku. Pewnego dnia na plaży spotkaliśmy Polaka, który kilka lat temu przeprowadził się do Włoch. I nawet pochodził z tego samego województwa co my :) Świat jest naprawdę mały.
Wracając do języka włoskiego - bariera językowa nie powinna zniechęcać. Włosi są naprawdę niezwykle przyjaźni i pomocni, nie wyśmiewają błędów językowych a gdy w Termoli przyznałam się że jestem Polką to kaleczenie ich języka zostało mi od razu wybaczone - ze względu na to, że Jan Paweł II pochodził z Polski, Włosi bardzo szanują Polaków, niektórzy wręcz uwielbiają. (A ja, jako blondynka, miałam okazję szczególnie się o tym przekonać).
Jak dojechać?
Termoli z północą kraju połączone jest poprzez autostradę A14. Od Rzymu dzieli je ok. 400 km. Ze względu na dobre połączenie drogowe spokojnie można dotrzeć tam własnym środkiem transportu (jeśli ma się taką możliwość). W naszym przypadku do Termoli dotarliśmy autokarem, ze względu na to, że było to nasze miejsce docelowe. Nie mając zapewnionego własnego transportu najlepiej dotrzeć do jednego z większych włoskich miast (np. do Rzymu), zwiedzić je przy okazji lub nie, a następnie dotrzeć autokarem do Termoli. Jazda autokarem z Rzymu do Termoli trwa ok. 5 godzin.
Warto zaznaczyć, że Termoli może stanowić świetną bazę. Ceny są tam o wiele niższe niż w tak popularnych kurortach jak Rimini (i prędzej znajdzie się miejsce na plaży), a połączenie drogowe, kolejowe czy morskie wręcz idealne, tak że można śmiało zwiedzać inne miasta mając fajną i niedrogą miejscówkę.
Gdzie nocować?
Wyszukiwarki internetowe proponują nam różne hotele czy apartamenty. Niektóre z nich można znaleźć tutaj. Jeśli jest się miłośnikiem mocniejszych wrażeń to można rozbić sobie namiot na plaży. Naprawdę nikogo nie dziwi taki widok. Nasza grupa mieszkała w dość nietypowym miejscu, bo.... u księdza na plebani. Po drugiej stronie naszego lokum znajdował się stadion na który zawsze chodziliśmy wieczorami przed nocnym wyjściem na plażę czy miasto.
Co jeść?
Oczywiście korzystać z tego, co włoskie. Typowe smaki Termoli to ryby i owoce morza. Obchodzone jest tu nawet święto ryby, coś jakby odpowiednik polskich dożynek. Ja akurat dzień w dzień jadłam makarony i oczywiście pizzę. Nie gardziłam również pysznymi lodami z dużą ilością bitej śmietany.
Co robić?
Plaża w Termoli jest niezwykle piękna, więc w ciągu dnia grzechem jest odpuścić sobie plażę. Linia wybrzeża, kolor wody i przede wszystkim ogromne szanse na znalezienie wolnego miejsca do rozbicia się a nawet pogrania w siatkówkę - ciężko by było zrezygnować z plażowania w takich warunkach.
Plaża
(trochę pusta)
Jeśli ktoś nie lubi leżeć plackiem i znudzi mu się ciągłe granie w siatkówkę czy zbieranie muszli, może skorzystać z wypożyczalni sprzętu wodnego i trochę poszaleć na wodach Adriatyku. Szacuje się, że w czasie wakacji przebywa w Termoli łącznie ponad 100 tys.
ludzi. Miasto podzielone jest na dwa wybrzeża: plażę św. Antoniego i
wybrzeże Kolumba. Miejskie plaże mają łącznie 10 km długości i od 50 do
150 metrów szerokości.
Co zwiedzać?
Wspomniane już Borgo Antico a Termoli - obowiązkowo! Szczególnie pięknie prezentuje się nocą. Znajdują się tutaj bary i restauracje, które w sezonie oblegane są przez
turystów, a po sezonie przyjeżdżają tu mieszkańcy z okolicznych
miejscowości. W ostatnim czasie począwszy od starego miasta wzdłuż morza
wyznaczono promenadę, przy której posadzono palmy. Najważniejsze zabytki znajdujące się na historycznym cyplu to Castello Svevo (symbol miasta wzniesiony w XII wieku. Od zamku ciągną się mury obronne, które w przeszłości otaczały całe miasto) oraz katedra w Termoli (szacuje się, że budowa trwała od X do XII w.).
Podczas spacerów warto również zahaczyć o wypuszczoną w morze wioskę rybacką czy port.
Zamek
Katedra
Widok od strony portu
Port w moim obiektywie
Termoli nocą
Wioska rybacka
Mam nadzieję, że nie tylko podzieliłam się swoimi wspomnieniami, lecz także zachęciłam kogoś by odwiedził to piękne włoskie miasteczko. Większość zdjęć dostarczona przez wujka google. Mój aparat zafundował zdjęcie "port w moim obiektywie" oraz fotkę z wieczornego spaceru. Większość zdjęć mojego autorstwa i z moim udziałem nie nadaje się do publikacji. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






































+(2).jpg)
.jpg)








