22.12.2013

P H O T O W E E K # 4

W zeszły weekend na moim blogu nie pojawił się post z serii P H O T O W E E K , ale za to pojawiło się dużo zdjęć z wyjazdu do Drezna . Dziś powracam do kontynuowania tradycji, o ile przy czwartym poście z tej serii można mówić o jakiejś tradycji.  

Oto tydzień w wielkim skrócie:



Chociaż nie pracuję w szkole - i tak zgodnie z wyuczonym zawodem zdarza mi się nauczać :) Popołudnia spędzone w bibliotece i przygotowywanie materiałów do zajęć z maturzystami to czysta przyjemność. I prawie powrót do licealnych czasów ;)







 Kolejny (już nie liczę nawet który) wieczorny spacer po naszym odnowionym rynku.
Część kartek świątecznych tuż przed wysłaniem. Bo uwielbiam składać życzenia w sposób tradycyjny. ;)















 Śnieg na rynku. Podejrzewam, że kiedyś nadejdzie ostateczny dzień i znudzi mi się robienie całej serii zdjęć w tym miejscu i wrzucanie ich na bloga.
 Byle do świąt! Książki już od dawna czekają, aż zacznę je czytać.







18.12.2013

nowości w kosmetyczce - coś dla włosów

Po ostatnich zakupach w Rossmannie obiecałam sobie, że nie będę zapatrywać się w nowe kosmetyki dopóki nie wykończę tych które mam w domu. O ile w przypadku kolorówki jestem konsekwentna, o tyle w przypadku kosmetyków pielęgnacyjnych do włosów trochę opakowań mi przybyło. Jakiś czas temu powróciłam do stosowania mojego ulubionego rozjaśniającego szamponu John Frieda oraz dałam kolejną szansę Garnierowi kupując odżywkę z awokado . Jednak w ciągu kilku ostatnich dni moja kosmetyczka wzbogaciła się o kolejne specyfiki do włosów.

W piątek ogromną niespodziankę sprawiła mi paczka, którą otrzymałam dzięki konkursowi wizażu i Welli. Zgłosiłam się do testowania kosmetyków pielęgnacyjnych do włosów i - ku mojemu miłemu zaskoczeniu - znalazłam się wśród 120 dziewczyn, które otrzymały produkty z wybranej przez siebie linii. Zgłaszając się do konkursu zdecydowałam się na Wella Pro Series Color. Otrzymałam do przetestowania szampon, odżywkę, balsam do włosów, piankę i lakier.
Niech no tylko wykończę John Friedę i Garniera! Wtedy od razu zabieram się za Wellę. Opinie ma nawet dobre ;)

szampon - opinie
odżywka - opinie
reszta kosmetyków z serii na pewno zostanie przeze mnie zrecenzowana tu i na wizażu ;)


Kolekcja kosmetyków nie zakończyła się na wspomnianej paczce. Podczas mojej sobotniej wyprawy do Drezna nie pozostałam obojętna na kosmetyki. Wprawdzie w drezdeńskiej Altmarkt Galerie mogłabym wykupić pół Rossmanna i DM a także zahaczyć po coś pachnącego do Douglassa, jednak w przypadku kosmetyków do włosów wykazałam się opanowaniem i ograniczeniem. Zakupiłam tylko maskę marki Balea oraz regenerującą kurację John Frieda w saszetkach - seria Full Repair jest znana w Polsce, ale wspomnianych saszetek jeszcze w naszych drogeriach nie widziałam.
Przeliczając na nasze, Balea kosztowała mnie o wiele mniej niż gdybym chciała zakupić ją sobie przez internet. John Frieda również okazało się dobrym wyborem cenowym, ponieważ w polskich drogeriach błyskawiczne kuracje z niższej półki są trochę droższe. Za jedną saszetkę John Frieda zapłaciłam ok 0,6 euro, czyli tragedii nie ma.

I na tym kończę dzisiejsze przechwalanie się nowościami ;)


16.12.2013

Drezno - w poszukiwaniu magii świąt

Dobra organizacja czasu, odległość ok. 420 km oraz jakieś 25 euro do dyspozycji - oto składniki udanej soboty. Soboty, podczas której zakochałam się w kolejnym mieście i po której obaliłam negatywne stereotypy dotyczące Niemców.

Po prawie 7 godzinach nocnej podróży dotarłam na miejsce. Przywitała mnie całkiem ładna pogoda - bezwietrznie, temperatura ok. 6 stopni na plusie. Punktem startowym mojej wizyty w Dreźnie były Tarasy Brühla, nazywane "Balkonem Europy", czyli przepiękny deptak ciągnący się wzdłuż wód rzeki Łaby. 

Już po pierwszym rzucie oka na to miasto zrozumiałam, dlaczego jest ono nazywane Florencją Północy. I wiedziałam, że spędzę tu wspaniale czas i zapragnę jeszcze powrócić - Tarasy Brühla prezentowały się o tej porze roku przepięknie, sądzę jednak że w lecie jest tu o wiele bardziej magicznie. 







Podczas wizyty w Dreźnie ograniczyłam się do Altstadt, czyli Starego Miasta. Zabytkami zachwycałam się tylko z zewnątrz, ponieważ miłośniczką sztuki, malarstwa i innych pamiątek przetrzymywanych wewnątrz gmachów nie jestem. Z tej racji nie poświęcę muzeom miejsca na swoim blogu, a osoby zainteresowane odsyłam tutaj. Oczywiście nie mogłam odpuścić wizyty w Altmarkt Galerie, gdzie zaopatrzyłam się w zapasy kosmetyczne. 





Po zrobieniu zakupów i zwiedzeniu miasta nadeszła pora na odwiedzenie Jarmarków Bożonarodzeniowych. Łącznie w Dreźnie jest ich ok. 10, z czego zdecydowana większość zlokalizowana jest w centrum. Najpopularniejszym i najstarszym drezdeńskim jarmarkiem bożonarodzeniowym jest Striezelmarkt znajdujący się tuż przy Altmarkt Galerie. Inne popularne jarmarki w sercu miasta to Weihnachtsmarkt an der Prager Strasse, Weihnachtsmarkt an der Frauenkirche, Mittelalter - Weihnacht im Stallhof oraz romantischer
Weihnachtsmarkt tuż przy zamku. Jarmarki są czynne już od godziny 10.00, jednak prawdziwe oblężenie zaczyna się od godz. 15.00. Ja najwięcej czasu spędziłam na Striezelmarkt, gdzie poczułam magię świąt oraz na chwilę powróciłam do dzieciństwa. A wszystko za sprawą scenerii, pachnących wypieków, świątecznej piekarni oraz baśniowego domku. Pojawił się również element dorosłości w postaci grzanego wina. 








Więcej o drezdeńskich jarmarkach świątecznych:
an der Prager Strasse
Striezelmarkt
an der Frauenkirche
Stallhof
romantischer Weihnachtsmarkt am Schloss



O cenach w Dreźnie ciężko jednoznacznie się wypowiedzieć. Kawę można kupić za 3 euro, grzane wino na jarmarku waha się w przedziale 1,5 - 3 euro. Zjeść coś na mieście można zarówno za 2,5 euro, jak i za 12 euro. Słodycze na jarmarku można zakupić za 2 - 15 euro. Niezwykle opłacalne okazują się zakupy w Rossmannie i DM. W przypadku pierwszej drogerii zakupiłam sobie olejki eteryczne w świątecznych zapachach oraz lawandowe. Podczas gdy w Polsce płacę za nie ok. 11 - 15 zł, w niemieckim Rossmannie dostałam je za 0,69 - 1,20 euro. Kolejnym rajem okazała się drogeria DM, gdzie zakupiłam maskę do włosów marki Balea (ok. 1 euro, z tego co wiem zamawiając ją przez internet płaci się więcej) oraz te kosmetyki marki John Frieda których w Polsce jeszcze nie ma. 
Wśród moich zakupów nie zabrakło oczywiście pocztówek które kolekcjonuję, kalendarzy ze zdjęciami miasta (prezenty dla przyjaciółek) oraz słodyczy z jarmarku. 

Z jarmarku przywiozłam również pamiątkę w postaci kubeczka z którego popijałam grzane winko. Za kubek płaciło się 2,5 euro kaucji, którą później można było odzyskać gdy zwróciło się naczynie. Ja zaliczyłam się do tych, którzy wzięli kubek ze sobą do domu. ;)





To, co mile mnie zaskoczyło to nie tylko przepiękna sceneria i magiczna atmosfera na jarmarkach. Największym szokiem było dla mnie to, że... Niemcy są tacy sympatyczni. Po prostu nie mogę uwierzyć, że ten naród rozpętał wojnę a przodkowie spotykanych na ulicy ludzi mieli coś wspólnego z Hitlerem. 

Po cudownie spędzonym dniu opuszczałam Drezno z uśmiechem zadowolenia po udanej wycieczce oraz z lekkim smutkiem - że to już koniec. Ale mam nadzieję, że jeszcze wrócę do tego miasta, jednak - dla odmiany - w jakiejś letniej porze. A w przyszłym roku chciałabym odwiedzić nie jedno a dwa miasta w okresie przedświątecznym.