26.02.2014

(nie)najlepsza komedia o mężczyznach

Facet (nie)potrzebny od zaraz zapowiadany jest w zwiastunie jako najlepsza od lat komedia o mężczyznach.
Brzmi obiecująco, jednak po obejrzeniu filmu nasuwa mi się jeden komentarz dotyczący obietnicy producenta: "Bez przesady :/ ".
Owszem, film jest śmieszny, jednak najlepszą komedią o mężczyznach bym go nie nazwała.


Główna bohaterka, Zosia, nakrywa swojego chłopaka z inną dziewczyną. Wkrótce po rozstaniu z Piotrkiem dostaje zaproszenie na ślub koleżanki z liceum. Ta przypomina jej o zakładzie - Zosia nie może przyjść sama na wesele. Wraz ze swoją przyjaciółką Patrycją obmyślają plan według którego główna bohaterka ma umawiać się ze swoimi byłymi mężczyznami. Być może wśród nich jest ten jedyny, którego przeoczyła. Poza tym te spotkania mają na celu uświadomienie dziewczynie co może być z nią nie tak.

Ciężko mi jednoznacznie wypowiedzieć się na temat tego filmu. Podczas seansu w kinie dobrze się bawiłam, jednak pamiętam filmy (i to polskie) które nie były zapowiadane jako najlepsze komedie, a ich oglądanie zapewniło mi o wiele więcej śmiechu.

Oglądając zwiastun spodziewałam się trochę innego rozwoju fabuły, a przynajmniej zakończenia. Przez pierwszą połowę filmu myślałam, że jestem na czymś naprawdę świetnym, jednak od drugiej połowy ku końcowi - moim zdaniem - wszystko zaczęło się psuć.Sądzę, że ścieżka dźwiękowa (szczególnie sceny gdzie śpiewa Joanna Kulig) w jakimś stopniu uratowała mój odbiór produkcji.
Ani nie polecam, ani nie odradzam. Jeden z tych filmów, które szufladkuję jako "warte obejrzenia z koleżankami przy piwie i chrupkach".

19.02.2014

Ulubieni trenerzy i motywacje

Czym bliżej wiosny, tym więcej osób zaczyna poświęcać coraz więcej uwagi aktywności fizycznej.
Ja wprawdzie staram się być aktywna przez cały rok (bardziej dla zdrowia, bo szczupłą figurę miałam zawsze), jednak zdecydowanie większa ochota na sport dopada mnie w pierwszej połowie roku. Nie wiem od czego jest to uzależnione, ale do sportu podchodzę wtedy z o wiele większą euforią niż pod koniec roku.
Okres w którym moje zatoki się buntują powoli dobiega końca, więc liczę że w ciągu miesiąca, maks. dwóch, uda mi się rozpocząć sezon basenowy. Póki co od dłuższego czasu ćwiczę w domu o czym już na blogu wspominałam tutaj, tutaj i tutaj. Dziś zaprezentuję osoby, które towarzyszą mi podczas ćwiczeń oraz zdradzę co mnie motywuje.



Ulubieni trenerzy
  • Ewa Chodakowska - to ona zaraziła mnie pasją do domowych treningów. Pokazała, że dzięki determinacji i wierze w siebie można osiągnąć wiele. Spośród jej programów wybrałam Skalpel oraz niektóre z sześciominutowych treningów na poszczególne partie ciała. Niestety na dłuższą metę nie jestem w stanie ćwiczyć z Ewą i muszę sobie robić od niej przerwy. Od trenera oczekuję nie tylko pasji, ale też ogromnej ekspresji. A niestety po dłuższym czasie ćwiczeń z Ewą odnoszę wrażenie, że ma ona ekspresję prowadzącej streching. Mimo to podziwiam ją za pasję i zaangażowanie i nie potrafię z nią ostatecznie zerwać. Uwielbiam śledzić jej oficjalny profil na Facebooku, gdzie zamieszcza wyzwania na każdy dzień, przykładowe jadłospisy, motywuje metamorfozami kobiet które stosowały jej programy. Ewa potrafi przekonać, że praca nad sobą może stać się pasją a trening tak oczywistą sprawą jak mycie zębów po każdym posiłku. 
  • Mel B - najczęściej to właśnie z nią ćwiczę. Uwielbiam za niesamowitą ekspresję, która mi się udziela przez monitor. Podoba mi się jej system dziesięciominutowych treningów na poszczególne partie ciała, dzięki czemu można tworzyć swoje własne programy. Ja najczęściej wybieram filmiki w których uwaga skupia się na pośladkach oraz brzuchu. 
  • Cassey Ho - niezwykle pozytywna dziewczyna prowadząca na YT kanał blogilates. Ćwiczę z nią rzadko, bo do niektórych z programów po prostu nie mam jeszcze odpowiedniej formy. Ale gdy najdzie mnie dzień rozsadzającej energii, wtedy włączam sobie jej kanał. A później cierpię z powodu zakwasów ;)

Moje motywacje 

Od niedawna moją motywacją jest... Noriaki Kasai. Skoro facet po czterdziestce potrafił wywalczyć srebro w Soczi, to ja (dużo młodsza od niego) potrafię wykonać te programy treningowe, które sobie zaplanowałam.
Uwielbiam też odwiedzać profil Tablica Motywacji na Facebooku, gdzie można znaleźć wiele motywujących zdjęć, artykułów oraz metamorfoz. Znajdziemy tam również przykładowe treningi, jadłospisy itp. Wszystko w jednym miejscu.
Wzory do naśladowania i wymarzone sylwetki znajduję często na stylowi.pl i zszywka.pl . Oczywiście posiadam tam konta i śledzę tablice/ kolekcje dotyczące fitnessu.



Wciąż poszukuję 

W sieci jest wiele miejsc, gdzie znajdziemy informacje dotyczące zdrowego odżywiania i sportu, ale głównie pod kątem odchudzania. Ja chudnąć nie zamierzam, wręcz przeciwnie - chciałabym przytyć. Dlatego też wybieram treningi kształtujące sylwetkę, rezygnując z takich form aktywności fizycznej jak cardio czy słynne już Turbo Spalanie Ewy Chodakowskiej.Stron dotyczących odżywiania zdrowego, a zarazem nie prowadzącego do utraty wagi jest niewiele. Dlatego na podstawie dostępnego minimum informacji, własnych wyliczeń kalorycznych oraz analizy treningów pod kątem ich wpływu na rozwój sylwetki staram się tworzyć coś swojego, indywidualnego.

16.02.2014

dobre, bo włoskie - wyspy Tremiti

Isole Tremiti to chyba najpiękniejsze miejsce jakie było mi dane zobaczyć we Włoszech. Znane są również jako Wyspy Diomedesa, gdyż zgodnie z legendą Diomedeusz osiedlił się tam wracając z wojny trojańskiej i szukający swojego nowego miejsca na ziemi. Przybył na wyspy po tym, jak został zdradzony przez całe swoje królestwo. Grecki bohater został tutaj pochowany, a gatunek miejscowych ptaków opłakiwał jego śmierć. 


                                          Widok archipelagu. Źródło zdjęcia tutaj

Wyspy Tremiti to jedyne wyspy na Morzu Adriatyckim należące do Włoch. Znajdują się w odległości ok. 30 km od Półwyspu Gargano. W skład archipelagu wchodzą wyspy San Nicola, San Domino, Capraia, Cretaccio i Pianosa, z czego zamieszkałe są tylko dwie pierwsze. W ciągu roku mieszka tu ok. 400 osób, jednak w sezonie ludzi jest tu więcej. 

                                          Położenie wysp Tremiti. Źródło zdjęcia: tutaj



Będąc w tym cudownym miejscu, które bez wahania mogę nazwać małym rajem na ziemi, nie mogłam uwierzyć w opowieści o jego historii. W XI wieku na wyspy dotarli Benedyktyni z Montecassino wznosząc na wyspie San Nicola opactwo pod wezwaniem Najświętszej Marii. Po wielu wiekach spokojnego życia religijnego Burboni zmienili diametralnie charakter wyspy zakładając tu więzienie. Opowieści o tym, przez jakie męki przechodziły osoby wygnane w to miejsce mrożą krew w żyłach. Natomiast na drugą z wysp - San Domino - Mussolini zesłał homoseksualistów, by odizolować ich od reszty włoskiego społeczeństwa. Rola Wysp Tremiti jako miejsca zesłania skończyła się wraz z epoką faszystowską. Obecnie archipelag utrzymuje się z rolnictwa i turystyki. 




Zwiedzanie rozpoczęłam od portu w Termoli. Bilet na wycieczkę kosztował 35 euro. Cena obejmowała rejs statkiem wycieczkowym w obie strony oraz bilet na barkę którą opłynęliśmy okolice wysp. Podczas prawie godzinnego zwiedzania archipelagu z barki mieliśmy kilkanaście minut na kąpiel w morzu - co odważniejsi mogli pokusić się o nurkowanie - dokładnie w tym miejscu, w którym odbył się pierwszy na świecie ślub pod wodą, gdzie znajduje się zatopiony pomnik Ojca Pio. Jako ciekawostkę dodam, że para młoda oraz świadkowie ustanowili rekord Guinessa jeśli chodzi o liczbę osób, które jednocześnie zanurkowały i oglądały podwodną ceremonię. Rekord ten został pobity... w moim rodzinnym mieście! O czym można przeczytać tutaj . Ale wróćmy do samych wysp. Opływając wyspy można wpłynąć do jednej z jaskiń (a jaskinie i przepiękne groty skalne są tym, czego na pewno w okolicy nie brakuje), jednak podczas naszej wycieczki okazało się to niemożliwe ze względu na zbliżający się przypływ. Przy odrobinie szczęścia, dopływając do wysp można spotkać delfiny. 



                                          Zatopiona statua Ojca Pio. Źródło zdjęć tutaj 

                                          Podczas wycieczki barką

                                        




Po opłynięciu archipelagu zajęliśmy się zwiedzaniem jednej z wysp - San Nicola. Jest ona naprawdę przepiękna, zwiedza się ją idąc praktycznie przed siebie i co jakiś czas skręcając jak chody poprowadzą. Spacer po ruinach zapewnia niezapomniane widoki. 



                                          Widok na San Nicola




                                          I kilka widoków z San Nicola


Co godzinę z San Nicola odpływa barka którą można dostać się na San Domino - jedyną wyspę archipelagu, która posiada maleńki skrawek piaszczystej plaży. Wprawdzie jest prywatna plaża - trzeba zapłacić za leżak - jednak jeśli jest się w stanie znaleźć odrobinę wolnego miejsca na rozbicie się z własnym ręcznikiem to nikt nie robi problemów i nie żąda opłat.



                                          San Domino - jedyna wyspa archipelagu posiadająca skrawek piaszczystej plaży





                                          Plaża San Domino. Źródło zdjęć tutaj



 Jednak po pewnym czasie woda zalewająca ręcznik zniechęciła mnie do dalszego opalania i wybrałam posiedzenie w wodzie na zmianę z pływaniem. A następnie kawa i spacer. Najprzyjemniej zwiedzało się wyspę po zejściu z głównej drogi i przejściu na skalne urwiska z których rozciągały się kolejne piękne widoki. Z San Domino wróciliśmy do portu w Termoli. 


Mimo, że sporo spacerowałam i zajrzałam chyba w każdy zakamarek obu zwiedzanych przeze mnie wysp, czuję niedosyt. To miejsce wydaje mi się tak niesamowicie piękne, magiczne a przez swoją historię również tajemnicze, że odnoszę wrażenie iż to niemożliwe bym wszystko co miałam zobaczyć zobaczyła i wszystko co miała przeżyć przeżyła. Póki co to archipelag Tremiti ma u mnie status raju na ziemi i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócę.


13.02.2014

Lekcje francuskiego

Lekcje francuskiego stylu u Madame Chic trwają od dwóch dni.
Ale już zwolniłam z czytaniem, bo chcę się cieszyć przyjemnością obcowania z tą książką jak najdłużej.
Od jakiegoś czasu paryski styl bycia staje się coraz popularniejszy. Postanowiłam oddać się lekturze książki Lekcje Madame Chic by zrozumieć skąd tyle zamieszania. I nie chodzi tylko o poddanie się modzie na Paryż w tle, lecz także o moją fascynację ukazywaniem miast w literaturze (o czym zresztą pisałam pracę magisterską, skupiając się jednak na Warszawie, Barcelonie i Petersburgu).
Czytając książkę autorstwa Jennifer L. Scott nie przenosimy się do Francji jako typowy turysta, który zwiedza miasto poprzez lekturę - nie jest to bowiem powieść topograficzna. Odkrywamy natomiast o wiele więcej niż zabytki i historię miejsc - mamy okazję poznać obyczajowość Francuzów oraz czegoś się od nich nauczyć.

Lekcje Madame Chic zostały napisane na podstawie doświadczeń autorki, która spędziła pół roku w Paryżu na wymianie studenckiej. Wyjechała tam jako typowa wyluzowana amerykańska dziewczyna, nie przywiązująca wagi do elegancji czy dobrych manier. Mieszkając u francuskiej rodziny nauczyła się bycia chic.


Książka podzielona jest na 3 części 
  • Dieta i aktywność fizyczna
  • Styl i uroda
  • Jak żyć z klasą



Obecnie jestem w połowie ostatniej części i bardzo ubolewam, że zbliżam się ku końcowi tego wspaniałego poradnika. Przyznaję, że niektóre z rozdziałów rozpętały w mojej głowie ogromną rewolucję. Szczególnie te dotyczące urody i stylu. Niezwykle inspirujące są fragmenty o garderobie składającej się z 10 rzeczy. Autorka radzi, by wzorem francuskich kobiet, nie mieć przeładowanych szaf, lecz dokładnie przejrzeć swoją garderobę i wybrać z niej to, co naprawdę lubimy, co oddaje nasz styl i - przede wszystkim - to w czym chodzimy. W końcu każda z nas jest w posiadaniu ciuchów w których z jakichś przyczyn nie chodzi, a one po prostu są. I zajmują miejsce. Wspomniane 10 elementów nie dotyczy okryć wierzchnich (w tym marynarek i żakietów), sukienek koktajlowych, apaszek, szali oraz innych dodatków czy butów. Chodzi głównie o wybranie ze swojej garderoby tych koszul, bluzek, topów, spodni i spódnic które najlepiej będą pasować do naszego stylu, a dzięki tworzeniu z nich odpowiednich zestawów oraz dodając biżuterię będziemy mogły kreować ubiór pasujący do nas. Co również ciekawe - Francuzka nie pozwala sobie na to, by ludzie wokół pomyśleli, że w swój wygląd włożyła sporo czasu i wysiłku. Stawiają na prostą elegancję oraz naturalny makijaż. Francuzi to ludzie niezwykle rodzinni i żyjący z pasją - wolą poświęcać swój czas oddawaniu się przyjemnościom niż długiemu staniu przed lustrem. Książka oczywiście zawiera porady jak zrobić niewymagające czasu makijaże.
Mam nadzieję, że rewolucja w mojej głowie nie będzie chwilowa i przełoży się na rewolucję w moim życiu. Na pewno zacznę od porządków w mojej szafie - powoli zaczynam planować wiosenną garderobę. Wiem na pewno, że nie będę w stanie ograniczyć się do 10 elementów. Chociaż w przypadku bluzek, koszul, spódnic i spodni okaże się to możliwe, ale posiadam wiele sukienek, spośród których ciężko mi będzie coś wyselekcjonować. 
To, co urzeka mnie w tej książce najbardziej to elegancja Francuzów wynikająca z prostoty oraz pewnego rodzaju luz, ale w odpowiednich granicach, wręcz z klasą.

Mam oczywiście w planach lekturę kolejnych książek dotyczących francuskiej obyczajowości oraz liczę, że uda mi się jak najszybciej zobaczyć francuskie maniery na własne oczy. Przyznaję, że pierwszy raz w życiu tak bardzo pragnę odwiedzić Paryż ;)

11.02.2014

Nie urwał mi się film

 UWAGA!
W poniższym tekście oraz załączonym fragmencie filmu znajduje się kilka wulgarnych słów. Osobom niepełnoletnim oraz przeczulonym na to jak ktoś mówi np "kurwa" - profilaktycznie - sugeruję by odpuściły sobie dalszą lekturę.


W zwiastunie obiecywano, że film zachwieje Polską.
Obiecywano również, że urwie mi się film.
Sam zwiastun nastawił mnie na film, który okaże się zabawny.
Mowa o ekranizacji powieści Jerzego Pilcha Pod Mocnym Aniołem. 
Wprawdzie w niektórych momentach (ale było ich niewiele) produkcja Wojciecha Smarzowskiego dostarczyła kilku haseł, które wywołały u mnie śmiech. Jednak żałuję, że obietnica nie została spełniona i nie urwał mi się film. W konsekwencji musiałam wytrwać do końca.


Wiedziona polonistycznym impulsem (w końcu na zajęciach z kultury i krytyki literackiej sporo miejsca poświęcaliśmy rozmowom na temat literatury o alkoholu oraz tworzonej po alkoholu) a także zwiedziona obiecującym zwiastunem wybrałam się z przyjaciółką do kina. Stwierdzam jednak, że zamiast inwestować w bilet na film o alkoholu, lepiej zrobiłabym zakupując za te pieniądze sam alkohol.

Zwiastun Pod Mocnym Aniołem jest bardzo mylący - widząc go nastawiłam się na coś śmiesznego, z lekką nutą ambicji.
W ostateczności dostałam tylko kilka głębszych wypowiedzi, niewiele więcej zabawnych tekstów (które może wcale nie są śmieszne, bo ponoć mam specyficzne poczucie humoru - śmieszy mnie zdecydowanie więcej rzeczy niż powinno). Patrząc na zwiastun miałam uczucie, jakby producent miał mnie zabrać w podróż do specyficznego świata, w którym dominują miłość, pisanie i zabawa podlane alkoholem. Zaryzykowałam, kupiłam bilet i udałam się w ciekawie zapowiadającą się podróż. Jednak to co obiecywała zapowiedź było dalekie głównemu punktowi tej podróży. Gdybym miała opisać ten film w czterech słowach, użyłabym następujących: przesadne chlanie, ciągłe rzyganie, stanie i walenie (bo słowo "seks" tu raczej nie pasuje). Różnica między odbiorem zwiastuna a filmu jest następująca - zwiastun jest śmieszny i zachęcający, film natomiast obleśny i zniechęcający. Oglądając zapowiedź zaczynamy się nawet dobrze bawić na widok tych alkoholików, ich sposobami na picie oraz na pozorną walkę z nałogiem. Widzimy imprezy na których dominuje beztroska zabawa oraz słyszymy wzbudzające uśmiech teksty. Oglądając sam film widzimy przede wszystkim ataki delirki, obrzyganych ludzi (ujęcia są tak dokładne, że możemy zgadnąć co kto jadł), bohaterów załatwiających swoje potrzeby fizjologiczne na środku ulicy, do kosza na śmieci lub do szafy. Nie brakuje elementów łączenia tych scen - ludzie najebani jak stodoła po żniwach leżą zarzygani i zasrani (a widzimy to dzięki niezwykle dokładnym ujęciom - najpierw na rzygi, potem na obesraną dupę). Ogólnie był to pierwszy film w moim życiu podczas którego co chwila powtarzałam "o kurwa!" wyrażając przy tym różne emocje - najczęściej zniesmaczenie. Jak się musi obejrzeć ten film, najlepiej zrobić to w domu. A sumę którą miałoby się przeznaczyć na bilet lepiej wydać na alkohol. Wypicie samemu flaszki wódki lub 4 szampanów z Biedronki tuż przed domowym seansem na pewno pozwoli lepiej poczuć klimat tego filmu oraz znieczuli na pewne obrazy. Być może ukazanie alkoholików w ten sposób, na samym dnie, ma przynieść jakiś efekt i ustrzec społeczeństwo przed tym nałogiem. Jednak w pierwszej kolejności rzucały mi się w oczy te obleśne sceny, a ilość rzygów i gówien zasłoniła mi jakiś głębszy sens.
Na pewno drugi raz nie obejrzę.
Ani na trzeźwo, ani po alkoholu.
I żałuję, że podczas seansu nie urwał mi się film.

09.02.2014

Czas na Avon - aktualizacja kosmetyczki

Pozostając jeszcze w temacie kosmetycznym - w końcu odebrałam moje zamówienie z Avonu.
Biorąc pod uwagę moje odejście z firmy, może to i dobrze że mam spore zapasy kosmetyczne - być może któreś z posiadanych przeze mnie opakowań pozostanie mi na czarną godzinę? ;)
(Żarty żartami, ale naprawdę... już zaczynam się ograniczać z zakupem kosmetyków. W moich kosmetyczkach jest tyle tego wszystkiego, że chyba przez pół roku nie muszę nic kupować).

Zamówienie złożyłam jakiś czas temu, jednak odebrałam niedawno, bo moja konsultantka to również moja dobra koleżanka, więc przy okazji przekazania towaru musimy sobie usiąść przy kawce i porozmawiać. A że mieszkamy w różnych miastach i każda ma swój tryb życia i swoje obowiązki, to nie zawsze udaje nam się spotkać zaraz po tym, jak moje kosmetyki już do niej dotrą.

Ale w końcu mogę powiedzieć, że są już moje!
Próbki szminek, krem do rąk, próbka perfum, maseczka oczyszczająca.
Tak, krem do rąk.
Kolejny krem do rąk.
Ewidentnie jestem dłoniomaniaczką.
Obecnie używam na zmianę 4 różne kremy do rąk, a tego żółtego mam nawet spore zapasy bo tata przynosi mi go z pracy. Mimo to, nie mogę oprzeć się kremom Avon Care. A moje dłonie to już w ogóle ;)
Wprawdzie o moich kremach do rąk i pielęgnacji dłoni mogłabym stworzyć osobny post.





A teraz z innej może nie tyle beczki, co firmy - w ramach aktualizacji kosmetyczek zamówiłyśmy jeszcze na allegro próbki podkładów mineralnych Ocean Mist. Zobaczymy za jakiś czas jak się sprawdzą.




Plastry oczyszczające na nos Purederm

Mój nos lubi przysparzać mi problemów - zarówno w sensie zdrowotnym, jak i kosmetycznym. Katar dość często męczy mnie od środka, natomiast od zewnątrz skóra na moim nosie ma skłonność do przetłuszczania się oraz powstawania zaskórników.

Z niewygodnymi skłonnościami mojej skóry na nosie staram się walczyć na różne sposoby. Wierzę w moc maseczek oczyszczających pory (które jednak bardziej matują mój nos niż oczyszczają z zaskórników), co jakiś czas robię sobie parówkę i usiłuję oczyścić pory własnoręcznie. Po takim wygniataniu oczywiście od razu dezynfekuję maltretowane miejsce spirytusem salicylowym. Jakiś czas temu w mojej kosmetyczce zagościł nowy pomocnik w walce z niesforną skórą nosa - opakowanie oczyszczających plasterków na nos marki Purederm. Sprawdza się, choć cudów nie czyni. Coś tam wyciąga, jednak nie tyle ile bym chciała.





Produkt zakupiłam w Biedronce za 7,99 zł. (O tym, jak ostatnio zaskakuje mnie Biedronka oraz co jeszcze trafiło do mojej kosmetyczki można przeczytać tutaj ). W pudełeczku znajdziemy 6 plastrów, każdy osobno zapakowany.


Według zaleceń na opakowaniu należy dokładnie oczyścić twarz, zwilżyć skórę na nosie i przykleić plasterek. Po ok. 10-15 minutach należy oderwać plaster. Jednak lepsze efekty daje zastosowanie produktu tuż po zrobieniu parówki - pory są otwarte a skóra wilgotna od działania pary. Plasterki wyciągają wtedy więcej zaskórników niż normalnie.


Niewątpliwie zaletą plastrów jest wygoda ich użytkowania - po prostu przyklejamy na nos na kilkanaście minut, możemy zająć się czymkolwiek a następnie zrywamy i wyrzucamy. Jest to o wiele wygodniejsze niż np maseczki oczyszczające które trzeba zmywać czy wygniatanie zaskórników (które - wbrew pozorom - nie jest proste, bo należy trzymać się odpowiednich zasad by nie doprowadzić do uszkodzenia skóry lub jakiegoś zakażenia). Jednak w walce z niedoskonałością nosa nie można liczyć tylko na plastry. Są one jedynie dobrym środkiem pomocniczym. I jak już wspomniałam - o wiele lepiej działają na skórę rozgrzaną i rozszerzoną podczas parówki. Jedyne co mnie w nich drażni to zapach, którego nie potrafię odpowiednio sklasyfikować. Niewątpliwie zajeżdża od nich czymś sztucznym. Przy bardzo wrażliwej cerze należy stosować ostrożnie, by nie doprowadzić do uszkodzeń podczas odrywania plastra. Wtedy najlepiej stosować je przez 10 minut, bo czym dłużej mamy je przyklejone do nosa, tym ciężej się je później odrywa. Myślę, że jeszcze kiedyś zakupię ten produkt. 

07.02.2014

Refleksje na temat domowych treningów

Zaplanowałam sobie, że w tym roku każdy miesiąc poświęcę konkretnej partii ciała. I tak w styczniu dominowały u mnie treningi BPU. W lutym również na nich się skupiam, jednak z większym naciskiem na mięśnie brzucha.



Kiedyś regularnie uczęszczałam na zajęcia w fitness klubach, później zaczęłam ćwiczyć sama w domu, o czym dokładniej pisałam tutaj .

Ogólnie nie mam większych problemów z motywacją do ćwiczeń, spokojnie udaje mi się znaleźć czas na treningi. Czasem są to kilkunastominutowe ćwiczenia konkretnych partii ciała, czasem dłuższe, trwające ponad godzinę.






Zauważyłam jednak, że moje domowe treningi trwają dłużej i są bardziej efektywne gdy: 
  1.  Mam grafik ćwiczeń - chodząc do fitness klubu wybieramy zajęcia z harmonogramu, zapisujemy się na nie i musimy się trzymać dnia i godziny. W domu teoretycznie możemy ćwiczyć kiedy chcemy, ale praktycznie lepiej zapisać sobie w kalendarzu plan treningu. Niekoniecznie z dokładną godziną, ale zaznaczyć, że w tym dniu mamy ćwiczyć i koniec. To naprawdę pomaga wszystko zorganizować.
  2.  Wcześniej przygotuję sobie miejsce do ćwiczeń - przed rozpoczęciem ćwiczeń warto wyobrazić sobie, ile mniej więcej będziemy potrzebowali miejsca. Trening przerywany co jakiś czas z powodu sofy na którą wpadliśmy lub foteli które przeszkadzają nam w wymachiwaniu nogą da nam więcej irytacji niż efektów. 
  3. Wcześniej obejrzę nowe treningi, które zamierzam wprowadzić - pamiętam swoje początki ćwiczeń, gdy korzystałam z płyt załączonych do różnych magazynów. Co jakiś czas zatrzymywałam się i przyglądałam trenerce jak ona to robi. W konsekwencji rzeczywisty czas ćwiczeń skracał się o jakąś połowę, a ja co jakiś czas wybijałam się z rytmu. Zdarzały się też takie zestawy ćwiczeń, gdzie w połowie stwierdzałam, że jednak mi się nie podobają i wyłączam płytę. Dlatego zanim zaczniemy nowy program, warto poświęcić swój czas i obejrzeć go od początku do końca przed rozpoczęciem ćwiczeń. 
  4. Znajdę formę aktywności najlepszą dla siebie - bo nie o to chodzi by odbębnić trening mięśni brzucha z jakiegoś nudnego kanału yt lub na siłę ćwiczyć jogę jeśli nie sprawia nam to przyjemności. Mam swoje ulubione płyty, kanały i prowadzących z którymi chętnie ćwiczę, są też takie programy które omijam szerokim łukiem bo zamiast mnie motywować to zniechęcają. Nie czuję się właściwą osobą do polecania konkretnych treningów, bo każdy woli coś innego. Mogę jedynie powiedzieć, że bardziej zaangażuję się w ćwiczenia prowadzone przez osobę ekspresywną niż jakiegoś zamulacza. Za niezwykle pozytywne uważam programy treningowe Mel B. oraz z kanału blogilates. Staram się wybierać ćwiczenia modelujące sylwetkę, te spalające tłuszcz zdecydowanie odpuszczam - bo nie mam czego spalać. Poza tym dużo przyjemności sprawia mi pływanie (od marca lub kwietnia planuje wrócić na basen), od czasu do czasu lubię też pobiegać.
  5. Naszykuję się tak, jakbym szła na siłownię lub do klubu fitness - jednym z argumentów by ćwiczyć w domu jest możliwość swobody - nie musimy się martwić o to, jak wyglądamy. Jednak nie jest tak do końca. Gdy zabieram się do ćwiczeń w starym, wyciągniętym dresie (który najczęściej zakładam na siebie w czasie sprzątania) nie czuję się aż tak bardzo zmotywowana do działania. Wprawdzie nie potrzebuję markowych ciuchów z najnowszej linii dla sportowców, jednak przez rozpoczęciem treningu muszę założyć na siebie mniej więcej takie ciuchy, jakie miałabym na sobie w klubie fitness. Nie ma zatem możliwości, bym ćwiczyła w tym samym dresie w którym myję podłogi i miała na sobie podczas treningu tę samą koszulkę, w której stoję nad garnkami. Nie wyobrażam sobie również, by przeszkadzała mi rozwalająca się co jakiś czas fryzura - włosy muszą być związane mocno w kucyk. Gdy jestem dobrze przygotowana do ćwiczeń od strony wizualnej (że tak to ujmę) to zdecydowanie dłużej trwa mój trening - bo skoro się wyszykowałam, to szkoda przestać po 15 minutach. 
  6. Wcześniej przygotuję sobie wodę - idąc na zajęcia fitness zawsze zabieramy ze sobą wodę, żeby na sali była pod ręką. To samo tyczy się ćwiczeń w domu. Jeśli nie postawię sobie na ławie butelki lub chociaż szklanki z wodą mineralną, to co jakiś czas będę biegać do kuchni żeby się napić. Wybijając się tym samym z rytmu i skracając czas ćwiczeń. 
  7. Odpowiednio się zmotywuję i założę sobie cele - warto wcześniej zaplanować co chcemy osiągnąć i w jaki sposób. Polecam facebookową stronę Tablica Motywacji i świadomość, że nic samo się nie zrobi. Wtedy - mając już jakiś cel i wiedząc że jego osiągnięcie zależy od nas samych - możemy opracować plan działania. Dobrze wtedy wziąć do ręki kalendarz i tak jak wspomniałam w punkcie pierwszym stworzyć grafik ćwiczeń. Ja zdecydowałam się na poświęcanie czasu konkretnym partiom ciała w konkretnych miesiącach. Wiem co chcę osiągnąć i staram się tak rozłożyć wszystko w czasie by osiągnąć zamierzone cele. A jeśli mi się nie uda, wtedy wiem na czym jeszcze muszę się skupić. Obecnie wykonuję treningi BPU, z tym, że w styczniu skupiłam się bardziej na udach i pośladkach, w lutym skupiam się bardziej na brzuchu - bo po styczniu widzę, że to tym mięśniom muszę poświęcić więcej uwagi.





05.02.2014

Biedronka zaskakuje

Od jakiegoś czasu Biedronka niezwykle pozytywnie mnie zaskakuje.
Sklep, w którym kiedyś można było dostać głównie tani towar gorszej jakości od kilku lat przeobraża się w miejsce gdzie da się kupić coś naprawdę fajnego. Rok albo dwa lata temu za niecałe 20 zł kupiłam tam śliczną torebkę wizytową, taką za którą w innym sklepie musiałabym dać przynajmniej 45 zł. W tym roku w promocji są kolejne torebki i w podobnej cenie, więc nie mogłam się powstrzymać i zakupiłam kolejną do kolekcji.

Ale nie tylko o torebki chodzi. W Biedronce bardzo często zaopatruję się w rzeczy niezbędne w mojej łazience i kosmetyczce - płatki kosmetyczne, żele pod prysznic, gąbki, maszynki do golenia, chusteczki higieniczne, chusteczki nawilżane. Oczywiście w tego typu produkty zaopatruję się również w Rossmannie i Kauflandzie, to w zależności od tego gdzie mi akurat po drodze. Nie gardzę już nawet produktami spożywczymi z Biedronki. Chociaż teraz ulubione chrupki orzechowe i inne tego typu przekąski kupuję coraz rzadziej, bo staram się zdrowiej odżywiać.

Najświeższym biedronkowym zaskoczeniem była gazetka reklamowa "Piękne Walentynki", w której można znaleźć naprawdę wiele fajnych produktów po atrakcyjnych cenach.





Poniżej kilka zdjęć wybranych stron:










Chociaż kosmetyków mam bardzo dużo i obecnie czekam na zamówienie z Avonu oraz podkłady mineralne zakupione na allegro, to ciągle musi mi przybywać nowości bo w przeciwnym razie byłabym chora. Już powoli nie mam gdzie tego wszystkiego trzymać, upycham w kosmetyczki które później wciskam w szuflady jak tylko uda mi się znaleźć odrobinę miejsca. W związku ze zmianą koloru włosów udało mi się pozbyć kilku rzeczy - niektóre kosmetyki do makijażu pasujące mi jedynie jako blondynce oddałam jasnowłosym koleżankom, bo jako brunetka nie wyglądam zbyt dobrze z pastelami na buzi. Tym sposobem zrobiłam miejsce na kolejne nowości (wkręcam sobie, że to mnie usprawiedliwia).

Ostatnio wybrałam się do Biedronki by ze wspomnianej gazetki zakupić oczyszczające plastry na nos oraz kolagenowe płatki pod oczy. Cena była zachęcająca, więc postanowiłam wzbogacić swoją kosmetyczkę o te produkty. Jednak na miejscu zachęciła mnie również cena bazy pod makijaż Bell(tak, wiem, jest ona silikonowa więc zatyka pory itp., ale nie zamierzam stosować jej codziennie) oraz podkładu tej samej marki. Miałam na tym poprzestać, ale zauważyłam torebki wizytowe w atrakcyjnej cenie. Powstrzymywałam się, bo w końcu kiedyś dokonałam już ich zakupu, jednak jedna z nich skradła na tyle moje serce, że nie mogłam odpuścić.




Ceny:

  • torebka: 14,99 zł lub 19,99 zł, nie zwróciłam większej uwagi
  • kolagenowe płatki pod oczy (opakowanie 30 sztuk): 6,99 zł
  • płatki oczyszczające nos (opakowanie 6 sztuk): 7,99 zł
  • matująco - wygładzająca baza pod makijaż: 12,99 zł
  • fluid superkryjący: 12,99 zl 
 Naprawdę, bardzo wiele kosztowało mnie powstrzymanie się przed zakupem innych rzeczy. Płatki na nos już zdążyłam przetestować - działają. Za jakiś czas pojawi się recenzja. Makijaż przy użyciu bazy i fluidu też już wykonałam - efekt podobał mi się. A torebka niezwykle pozytywnie zaskoczyła mnie nie tylko swoim urokiem, praktycznością (można nosić ją w ręce lub na łańcuszku) ale także wszytą tasiemką, na końcu której znajduje się małe lustereczko ukryte w kieszonce.





Udało mi się odnaleźć moją starą torebkę, kupioną rok lub dwa lata temu podczas podobnej promocji w Biedronce:

Tu już jestem pewna jej ceny - 19,99 zł.




 

01.02.2014

łapanki myśli [luty 2014]

CZUJĘ się wolna w związku z porzuceniem pracy, która nie dawała mi radości a była jedynie źródłem frustracji i napełniała mnie negatywnymi emocjami, którymi już prawie kipiałam
CIESZĘ SIĘ z odzyskanej wolności, z tego, że nie muszę się już tak stresować co tym razem wytknie mi szefostwo
DOCENIAM siebie za odwagę ;) oraz wolny czas jaki teraz mam
CHCIAŁABYM szybko znaleźć nową pracę, ale taką, która da mi choć odrobinę satysfakcji
MYŚLĘ wiele o pracy idealnej
SŁUCHAM wewnętrznego głosu, który podsuwa mi różne pragnienia
OGLĄDAM Kapitana Bombę na odmózdżenie
CZYTAM kolorową prasę kobiecą na odmóżdżenie
SZUKAM nowej pracy, oczywiście ;)
NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ wiosny ;)


Jak widać, wszystkie moje myśli w tym momencie krążą wokół pracy, z którą się pożegnałam . W związku z tym budzi się we mnie wiele uczuć, zdecydowanie pozytywnych. To nie było tak, że ja wydziwiam. Podczas mojego półrocznego pobytu przez firmę przewinęło się ponad 20 nowych osób. Coś nie tak może być z 3-4 osobami, ale niemożliwym jest, by ponad 20 osób było aż tak beznadziejnych. Wprawdzie z firmą pożegnałam się niedawno, moim ostatnim dniem pracy była środa, a z każdym dniem czuję się coraz lżej. To takie cudowne uczucie nie musieć się stresować w połowie weekendu nadchodzącym poniedziałkiem i tym co czeka człowieka w biurze.




Plany na ten miesiąc:
Ze sportowego punktu widzenia zamierzam dalej skupiać się na treningach BPU. Z racji tego, że z dnia na dzień nowej pracy na pewno nie znajdę, planuję wykorzystać ten czas na urozmaicanie drugich śniadań - poranna dieta owsianka a później kanapki/serki w biurze nie jest zła, ale skoro teraz mogę sobie pozwolić na wariant typu owsianka a za jakieś pół godziny jajecznica/ naleśniki to czemu nie skorzystać? ;) Niezależnie od tego jak będzie mi szło poszukiwanie pracy nie zamierzam wybić się z rytmu i nie planuję sypiać do południa. Chcę wykorzystać wolny czas na odpoczynek, a nie na rozleniwienie się.
No i oczywiście zamierzam szukać nowej pracy. Mam nadzieję, że będzie to od razu praca dająca satysfakcję, a nie kolejny etap przejściowy w innej firmie będącej źródłem frustracji.